Sandboarding to zjazdy na desce po stromych, piaszczystych wydmach — to fajna wakacyjna atrakcja, którą bierze się przy okazji, kiedy los rzuci Cię w okolice dużych wydm.
Autor: Piotr

Próbowałem sandboardingu dwa razy, na dwóch kontynentach. Raz na saharyjskich wydmach w Dakhli w Maroku, raz w Jericoacoarze na północnym wybrzeżu Brazylii — i za każdym razem z tym samym wnioskiem, który zdradzę od razu, żeby nie trzymać Was w napięciu: warto spróbować, ale nie warto jechać specjalnie. Sandboarding to fajna wakacyjna atrakcja, którą bierze się przy okazji, kiedy los rzuci Cię w okolice dużych wydm. Sportem, w który snowboardzista zechce zainwestować czas i pieniądze — moim zdaniem nie jest. Poniżej wyjaśniam dlaczego, a przy okazji podpowiadam, gdzie na świecie (i w Europie) można legalnie pojeździć po piasku i ile to kosztuje.
Czym w ogóle jest sandboarding?
Sandboarding to zjazdy na desce po stromych, piaszczystych wydmach — na pustyniach, wybrzeżach, a czasem na sztucznych górach piasku. Deska wygląda jak snowboardowa i często NIM właśnie jest: w wielu wypożyczalniach na pustyni dostaniecie wysłużone snowboardy, które drugie życie spędzają na piachu. Dedykowane deski sandboardowe są od snowboardów twardsze, mają laminowany, ekstremalnie śliski spód i zwykle luźne wiązania — stopy wsuwa się w paski (strapy), często jeździ się boso albo w sandałach. Alternatywnie można zjeżdżać na leżąco, na brzuchu, głową w dół — to wariant dla tych, którym stanie na desce na 30-stopniowym zboczu wydaje się złym pomysłem.

Przed każdym — dosłownie każdym — zjazdem spód deski trzeba natrzeć parafiną albo zwykłą świeczką. Smary snowboardowe do śniegu na piasku się nie sprawdzają; potrzebna jest twarda parafina, która zmniejsza tarcie o ziarna kwarcu. Bez tego deska po prostu stanie w miejscu. Brzmi jak drobiazg, ale to rytuał, który powtarza się co kilka minut i który dobrze oddaje charakter tej zabawy: dużo obsługi, mało jazdy.
Piasek to nie śnieg. Najważniejsza rzecz, którą musisz wiedzieć
Tu dochodzimy do sedna i do mojego głównego zarzutu. Na piasku nie ma jazdy na krawędzi. Kropka. Piasek nie stawia oporu tak jak śnieg — krawędź się w niego nie wcina, tylko zakopuje. Deska nie tnie łuków, ona się ślizga płasko na spodzie, a skręty robi się długie, szerokie, bardziej ciałem i przesunięciem ciężaru niż krawędzią. Miejscowi instruktorzy krzyczą zresztą to samo: „jedź jak w głębokim puchu, długie skręty, bez krawędziowania!”. Tyle że puch daje przy tym magiczne uczucie płynięcia, a piasek daje… tarcie i zgrzyt.


Dla kogoś, kto na śniegu żyje carvingiem, to spore rozczarowanie. Cała frajda snowboardu — dociążenie krawędzi, wyjście z łuku, ten moment, kiedy deska pracuje pod Tobą — na piasku po prostu nie istnieje. Zostaje ślizg w linii spadku wydmy z lekkimi korektami kierunku. Prędkości potrafią być spore (rekord Guinnessa na sandboardzie to 82 km/h, nieoficjalnie kręcono ponad 90), ale przeciętny zjazd turystyczny to kilkanaście sekund suwania się w dół. Przyjemne? Tak. Ekscytujące za pierwszym razem? Zdecydowanie. Ale to nie jest snowboard bez śniegu — to inna, dużo uboższa technicznie zabawa.
Dakhla: deska między laguną a Saharą
W Dakhli, na dalekim południu Maroka, byłem głównie dla wiatru — to jedna z mekk kitesurfingu i wingfoila. Ale wystarczy odjechać kwadrans od laguny, żeby stanąć pod całkiem poważnymi, białymi wydmami. Sandboarding jest tam dorzucany do wycieczek po okolicy niemal z automatu: kierowca wyciąga z bagażnika sfatygowane deski, każdy dostaje kawałek świeczki i zaczyna się zabawa. Pierwsze dwa, trzy zjazdy — czysta frajda i świetne zdjęcia. Czwarty i piąty — coraz dłuższe patrzenie na wydmę przed podejściem. Szóstego zwykle już nie ma.

Jericoacoara: zjazd do zachodu słońca
Jericoacoara w brazylijskim stanie Ceará to z kolei miejsce niemal stworzone do tego, żeby spróbować sandboardingu przy okazji. Wioska leży w parku narodowym, a słynna Duna do Pôr do Sol — wydma zachodzącego słońca — zaczyna się praktycznie na jej skraju, dziesięć minut spacerem od centrum. Deskę wynajmuje się od lokalnych chłopaków wprost pod wydmą, za drobne. Zjeżdża się w stronę oceanu, w tle kite’y i wieczorem setki ludzi czekających na zachód słońca, który w Jeri — rzadkość w Brazylii — chowa się prosto do morza. Jako scenografia: 10/10. Jako jazda na desce: patrz wyżej.
Dlaczego po godzinie masz dość
Sandboarding ma jeden fundamentalny problem konstrukcyjny: na wydmach nie ma wyciągów. Każdy zjazd trzeba sobie kupić podejściem — po sypkim, osuwającym się piachu, często w pełnym słońcu, z deską pod pachą. Proporcja jest bezlitosna: kilka minut mozolnego wchodzenia za kilkanaście sekund ślizgu. W niektórych miejscach podwiozą Was quadem albo buggy (w Peru to standard, w Maroku często też), ale to podnosi cenę i nie zmienia zasady: to Ty jesteś wyciągiem.
Do tego dochodzi piasek. Wszędzie. W butach, w kieszeniach, w uszach, w bieliźnie, a po pierwszej wywrotce z otwartymi ustami — także między zębami na resztę dnia. Upadki bolą mniej niż na śniegu, to prawda, ale piasek przy większej prędkości potrafi wyszorować skórę jak papier ścierny. Jeździ się najlepiej rano i późnym popołudniem — w południe piach parzy w stopy, a odbite światło męczy oczy jak na lodowcu.
A co z polskimi wydmami?
Pytanie, które nasuwa się każdemu snowboardziście znad Wisły: mamy przecież ruchome wydmy koło Łeby, z Wydmą Łącką dochodzącą do ponad 40 metrów — czemu nie tam? Odpowiedź jest krótka: bo nie wolno, i to nie jest przepis z gatunku martwych. Wydmy ruchome leżą w Słowińskim Parku Narodowym, poruszać się można wyłącznie po wyznaczonych szlakach, a służby parku regularnie patrolują teren i wlepiają mandaty za samo zejście ze szlaku — o zjeżdżaniu na desce nie wspominając. I słusznie: te wydmy to żywy, chroniony organizm, unikat na skalę Europy, a nie stok. Zostawmy je w spokoju — na spacer jak najbardziej warto (bilet do parku kosztuje 10 zł), na deskę nie ma tam miejsca. Podobnie traktujcie wszystkie wydmy nadmorskie w Polsce: niemal wszędzie są chronione jako pas techniczny wybrzeża.
Gdzie spróbować sandboardingu legalnie — przegląd świata
Ameryka Południowa
Peru to prawdopodobnie światowa stolica turystycznego sandboardingu. Oaza Huacachina pod Icą, 250 km na południe od Limy, żyje z wycieczek buggy po wydmach połączonych ze zjazdami — całość z deską w cenie kosztuje około 35–50 soli, czyli 40–60 zł. Dla ambitnych jest Cerro Blanco koło Nazki, uznawana za najwyższą wydmę świata (2070 m n.p.m.) — trzy godziny podejścia za jeden długi zjazd. W Chile jeździ się pod San Pedro de Atacama, wypożyczenie deski to ok. 10 USD za popołudnie.

Afryka i Bliski Wschód
W Maroku poza Dakhlą klasyką są wydmy Erg Chebbi pod Merzougą i bardziej dzikie Erg Chigaga — deska jest zwykle dorzucana do wycieczki na pustynię. Namibia kusi gigantycznymi wydmami pod Swakopmund i Sossusvlei, Oman — pustynią Wahiba Sands, a w Dubaju sandboarding to stały punkt pustynnych safari na Al Badayer, zwanej Czerwoną Wydmą. Ciekawostka z tej samej rodziny: w Nikaragui zjeżdża się na deskach po wulkanicznym żwirze czynnego wulkanu Cerro Negro — to tzw. volcano boarding.

Ameryka Północna
W USA powstał pierwszy na świecie dedykowany park sandboardowy — Sand Master Park we Florence w Oregonie, 40 akrów szkolonych wydm, deska od 16 USD za dobę, godzina z instruktorem ok. 45 USD. Popularne są też Great Sand Dunes w Kolorado (najwyższe wydmy Ameryki Północnej, wypożyczenie deski ok. 20 USD/dzień) i White Sands w Nowym Meksyku.

Europa
Europa — i tu ciekawostka numer jeden całego tematu. W bawarskim Hirschau, ok. 750 km od Warszawy, stoi Monte Kaolino: sztuczna góra ze 130-metrowej hałdy 33 milionów ton czystego piasku kwarcowego, odpadu z pobliskiej kopalni kaolinu. Od lat 50. działa tam regularny „ośrodek narciarski” na piasku — z wytyczoną trasą ok. 200 m o nachyleniu do 35–40 stopni, slalomem i, uwaga, JEDYNYM na świecie wyciągiem na wydmę.
Monte Kaolino wielokrotnie gościło mistrzostwa świata i Europy w sandboardingu. Karnet dzienny to rząd 30 EUR, na miejscu jest wypożyczalnia, sezon trwa od wiosny do jesieni, a u podnóża działa całoroczny camping — jeśli podróżujecie kamperem, to jedyne miejsce w Europie, gdzie sandboarding można potraktować jak normalny dzień na stoku, z wyciągiem zamiast mordęgi podchodzenia.
ile to wszystko kosztuje?
| Miejsce | Co dostajesz | Orientacyjny koszt |
| Huacachina / Ica (Peru) | wycieczka buggy po wydmach + deska w cenie | ok. 35–50 soli (40–60 zł) |
| San Pedro de Atacama (Chile) | wypożyczenie deski na popołudnie | ok. 10 USD |
| Merzouga / Erg Chigaga (Maroko) | deska przy wycieczce na pustynię, często w cenie wyjazdu | kilka–kilkanaście EUR |
| Jericoacoara (Brazylia) | wynajem deski od lokalnych naganiaczy przy wydmie | kilkanaście–kilkadziesiąt reali |
| Dubaj / ZEA (Al Badayer) | sandboarding w pakiecie pustynnego safari | w cenie safari |
| Sand Master Park, Oregon (USA) | pierwszy na świecie park sandboardowy; deska na dobę / lekcja z instruktorem | od 16 USD / ok. 45 USD |
| Great Sand Dunes, Kolorado (USA) | wypożyczenie deski w okolicy parku | ok. 20 USD/dzień |
| Monte Kaolino, Hirschau (Niemcy) | karnet dzienny Z WYCIĄGIEM, wypożyczalnia na miejscu | ok. 30 EUR/dzień |
Ceny orientacyjne, na podstawie ofert i relacji z ostatnich sezonów — traktujcie jako rząd wielkości.
Werdykt: warto czy nie warto?
Warto — ale wyłącznie przy okazji. Jeśli jesteście w Peru, Maroku, Brazylii czy Dubaju i wydmy są pod nosem, bierzcie deskę bez wahania: godzina–dwie świetnej zabawy, zdjęcia jak z innej planety i haczyk odhaczony. Snowboardowe obycie bardzo pomaga — staniecie na desce od pierwszego zjazdu i będziecie mieli z tego więcej frajdy niż ludzie, którzy deskę widzą pierwszy raz.
Ale nie planujcie pod to wyjazdu. Brak jazdy na krawędzi sprawia, że dla snowboardzisty sandboarding szybko robi się płaski — dosłownie i w przenośni. Do tego męczące podejścia zamiast wyciągu i piasek w każdej szczelinie ciała i sprzętu. Ja po dwóch podejściach na dwóch kontynentach wiem swoje: jak będzie okazja, zjadę jeszcze raz. Specjalnie nie pojadę nigdy. Wyjątek zrobiłbym może dla Monte Kaolino — bo wyciąg zmienia w tym sporcie naprawdę wiele — ale i to raczej jako przystanek w drodze na południe niż cel sam w sobie.









