Kiedy znika śnieg, deska nie musi iść do piwnicy na pół roku. Część z nas po prostu zmienia żywioł — z białego na mokry. Dla mnie tym letnim przedłużeniem snowboardu od kilku sezonów jest wingfoil, a konkretnie jego najbardziej uzależniająca odmiana: pływanie na fali. Jeśli śledzisz naszą serię „Co robią snowboardziści latem”, to jest odcinek, do którego wracam najchętniej.

Wing, foil, lewitacja — o co właściwie chodzi
Wingfoil to wciąż młody sport, szczególnie nad Bałtykiem, ale rozwija się w tempie, które jeszcze kilka lat temu trudno było przewidzieć. Najprościej opisać go jako skrzyżowanie windsurfingu i kitesurfingu z foilem — czyli skrzydłem pod deską, które przy odpowiedniej prędkości unosi cię nad wodę.
Trzymasz w rękach nadmuchiwane skrzydło (wing), stoisz na desce z foilem, łapiesz wiatr — i w pewnym momencie kadłub odrywa się od tafli. Zostaje sama cisza, świst skrzydła i uczucie, którego nie da się porównać z niczym innym na wodzie. Polskiego odpowiednika słowa „foilowanie” wciąż nie wymyśliłiśmy, więc zostańmy przy lewitacji — bo dokładnie tak to wygląda i tak się czuje.
Dlaczego snowboardzista zakochuje się w tym od pierwszego lotu
Mam swoją teorię, dlaczego wingfoil tak dobrze trafia do ludzi z deską we krwi. To moment, w którym foil wynosi cię nad wodę, a opór znika — jest zaskakująco bliski uczuciu jazdy w głębokim, świeżym śniegu. Ta sama miękkość, to samo „płynięcie”, ten sam brak twardego kontaktu z podłożem. Snowboardzista rozumie to instynktownie, zanim jeszcze poukłada sobie technikę w głowie.
Do tego dochodzi swoboda, którą znamy z gór: możesz pojechać spokojnie i ślizgowo, możesz wskoczyć w freestyle, a możesz — i tu robi się dla mnie najciekawiej — pojechać z falą. Każdy znajdzie swój kierunek, dokładnie jak na snowboardzie wybierasz między parkiem, trasą a puchem poza nią.

Fala — to, co kręci mnie najbardziej
Mogę uczciwie powiedzieć: race i freestyle to świetna zabawa, ale to fala jest powodem, dla którego co roku pakuję sprzęt. Jazda z falą na wingu to najbliższy odpowiednik surfingu, jaki znam, połączony z lekkością foila — wbijasz się w ścianę wody, skrzydło na chwilę staje się tylko dodatkiem, a deska robi to, co deska robi najlepiej: rysuje linię.
Dla snowboardzisty to naturalne przedłużenie tego, co kochamy zimą. Czytanie terenu zamieniasz na czytanie wody, a zamiast hałdy szukasz odpowiedniej fali. Mechanika jest inna, ale głowa pracuje identycznie. Po pierwszym dobrym przejeździe z falą trudno wrócić do płaskiej wody i powiedzieć „wystarczy”.

Gdzie nauczyć się fali?
Moim zdaniem dziś najlepiej na Rodos. Falę można liznąć w wielu miejscach, ale jeśli zależy ci na nauce w komforcie i jednoczesnym dostępie do prawdziwych warunków, mam dla ciebie konkretny adres: Prasonisi na południu Rodos i baza Wind4Fun.
To, co czyni ten spot wyjątkowym, to jego geografia. Prasonisi leży na końcu wąskiego cypla, a niewielka wysepka tworzy tu naturalną „dyszę wiatrową”, w której wiatr Meltemi czuje się jak u siebie. Spot ma dwie strony, które grają ci do ręki na każdym etapie:
Strona Morza Śródziemnego
— płaska woda i równy wiatr. Idealne miejsce na pierwsze halsy, ogarnięcie skrzydła i wejście w lewitację bez stresu.
Strona Morza Egejskiego
— to tutaj jest fala. Kiedy już opanujesz podstawy po spokojnej stronie, przechodzisz kilkadziesiąt metrów dalej i wchodzisz w warunki, dla których ten sport się kocha.

Trudno o lepszy układ do nauki: bezpieczny „basen” na rozgrzewkę i prawdziwy wave tuż obok. Wind4Fun prowadzi tam szkolenia, ma świeży sprzęt RRD i — co potwierdzam z własnego doświadczenia — rodzinną, luźną atmosferę, która sprawia, że chce się wracać. Mają w ofercie również obozy (w tym wave camp), więc da się przyjechać zarówno na pierwsze kroki, jak i po to, żeby wskoczyć na wyższy poziom wingowej zajawki.
Jeśli planujesz lato z wiatrem i chcesz spróbować fali, napisz do nich i zarezerwuj termin: wind4fun.com.
Czy wingfoil jest trudny?
Mam dobrą wiadomość: jeśli masz za sobą jakikolwiek kontakt z windsurfingiem albo kitesurfingiem, wejdziesz w to szybko. W sprzyjających warunkach i pod okiem instruktora pierwsze lewitacje potrafią przyjść już pierwszego dnia.
Bez tego tła też się da — krzywa nauki jest po prostu trochę dłuższa, a dobry instruktor i odpowiednio dobrany sprzęt skracają ją bardziej, niż się spodziewasz.
Sama fala to już osobny rozdział i wyższy poziom wtajemniczenia — ale właśnie dlatego warto. Jest po co się starać.

Na koniec trochę historii
Pomysł na trzymane w ręku skrzydło nie jest wcale nowy. Jego korzenie sięgają lat 80. Jim Drake, jeden ze współtwórców windsurfingu, pojawił się na Hawajach z prototypem ręcznego skrzydła — testował je m.in. mistrz windsurfingu Peter Cabrinha, ale konstrukcja oparta na sztywnych rurach była ciężka i nieporęczna. Mniej więcej w tym samym czasie we Francji powstał smukły „ptasi żagiel” o sztywnej budowie, działający i na wodzie, i na lądzie — tyle że era funboardu zepchnęła go w cień.
Pod koniec lat 80. z rejonu Hood River przyszły kadry kolejnej wariacji, a około 2000 roku pojawił się aluminiowy „KiteWing”, używany raczej na zamarzniętych jeziorach z nartami i łyżwami niż na fali. Dopiero rozwój nadmuchiwanych skrzydeł znanych z kitesurfingu — i przede wszystkim eksplozja popularności foila — sprawiły, że idea ręcznego skrzydła wróciła i wreszcie zaskoczyła. Reszta dzieje się dziś, na naszych oczach.

Tyle ode mnie. Jeśli zimą jeździsz na desce, a latem szukasz czegoś, co da ci podobny rodzaj frajdy — daj wingfoilowi szansę. A jeśli, jak ja, połknąłeś już bakcyla fali, to widzimy się na Prasonisi.
~ Piotr
